Igrzyska zawsze odsłaniają prawdę – Czas opamiętania

Fot. konrad bukowiecki facebook

Medale zdobywane przez biało-czerwonych w Igrzyskach w Rio de Janeiro tylko w trakcie ich trwania wywoływały euforię, do czego zdążyliśmy się już przyzwyczaić, bowiem w studiu olimpijskim zawsze panuje euforia bez względu na osiągnięty wynik. Gdy jednak przyszedł czas podsumowań i okazało się, że uzbieraliśmy tych krążków jedenaście, w tym zaledwie dwa złote, przyszedł czas opamiętania.

To bilans beznadziejny, jak na potencjał i aspiracje polskiego sportu, który absolutnie nie wykorzystuje swoich możliwości. Nie dlatego, że brak u nas utalentowanych zawodników, wykształconych szkoleniowców. Po prostu organizacja szeroko pojętego życia sportowego nad Wisłą się nie sprawdza od lat i mimo świadomości popełnianych błędów, próby naprawy nie przynoszą żadnych efektów. Ogromne nakłady nie przekładają się z małymi wyjątkami na spektakularne wyniki. Pieniądze rozchodzą się i choć w papierach zazwyczaj wszystko jest w porządku, to z boiska schodzimy pokonani.

Po klęsce przed czterema laty w Londynie postanowiono gruntownie przebudować system, kładąc większy nacisk na tzw. sport powszechny. Pojawiło się wiele projektów zachęcających dzieci i młodzież do aktywizacji. I był to pomysł dobry, pod warunkiem, że równie udana będzie jego realizacja. A ta zależy przede wszystkim od ludzi bezpośrednio zaangażowanych w programy tzw. animatorów. Z tym było jednak znacznie gorzej. Ponieważ było do podniesienia trochę grosza „zakręciło się” przy tym wiele osób, które miały wprawdzie „papierkowe” kwalifikacje, ale brakowało im najważniejszej cechy – poczucia misji do spełnienia. Tu nie chodzi o odfajkowanie imprezy lecz zachęcenie dzieci i młodzieży do sportu, a przede wszystkim przeprowadzenie pierwszego rozeznania, selekcji kto się do jakiej dyscypliny nadaje.

Ogniwo drugie: sportowe ośrodki szkole i klasy sportowe. W moim przekonaniu powinny to być grupy uczniów z talentem sportowym, o określonych warunkach psycho-fizycznych, które nie tyle gwarantują, ile dają dużą nadzieję, że będą to w przyszłości zawodnicy wysokiej klasy. To im stwarza się takie warunki, by intensywny trening mogli pogodzić z edukacją bez uszczerbku dla obu dziedzin. I znów wszystko rozbija się o jakość realizacji przedsięwzięcia, właściwej selekcji i pełnego zaangażowania ze strony nauczyciela-trenera, ucznia i rodziców. Tymczasem zaobserwować można wiele przypadkowości, zaczyna dominować niebezpieczna tendencja, że do takich klas i grup trafiają jednostki absolutnie nie rokujące sportowych sukcesów. Można zaryzykować stwierdzenie, że jest to projekt dla nauczycieli, którym trzeba stworzyć miejsce pracy, a nie kuźnia talentów.

Wczesne szkolenie jest fundamentem,. Ono powinno dostarczać rzesze młodzieży już odpowiednio ukształtowanej sportowo, by trenerzy w sekcjach mogli zająć się ostateczną „obróbką”. Takie być może było założenie po londyńskich Igrzyskach, ale teoria nie ma się tu nijak do praktyki, choć na pewno czynnikiem usprawiedliwiającym niepowodzenia olimpijskie jest fakt, że na efekty programu od podstaw trzeba poczekać. Tylko najgorzej, że popełnia się nadal wiele błędów i bez ich korekty tych efektów nie będzie.

W polskim sporcie seniorskim jest mnóstwo patologii, których może nie dostrzegamy na co dzień, zachłystując się pojedynczymi wynikami, ale gdy dochodzi do podsumowania imprezy takiej jak Igrzyska Olimpijskie o charakterze interdyscyplinarnym, wnioski są żałosne. Ubolewamy nad coraz niższą pozycją naszych reprezentacji w grach zespołowych. To przecież konsekwencja funkcjonujących u nas rozgrywek ligowych , naszpikowanych cudzoziemcami, którzy blokują miejsce utalentowanej polskiej młodzieży. Przykład piłkarzy ręcznych jest aż nadto wymowny. Gdyby nie weterani: Bielecki, Jurecki pewnie w ogóle nie byłoby nas w turnieju olimpijskim. Siatkarki już dawno wypadły z czołówki, a siatkarze powoli podążają w tym samym kierunku. Rezultat futbolistów w Mistrzostwach Europy okrzyknięty bezpodstawnie sukcesem bez precedensu, ma zupełnie inny wymiar, bo w ogóle piłkę nożna traktuje się inaczej. Nie mogę pojąć, że przeciętni sportowcy zarabiają takie pieniądze. I nie zmienia tej opinii awans Legii do Ligi Mistrzów, bo poziom zaprezentowany w kwalifikacja był żenujący, a rewanż z amatorami z Irlandii omal nie zakończył się katastrofą. To, że warszawiacy (tylko z nazwy) trafili do fazy grupowej LM świadczy tylko o obniżającej się randze tych rozgrywek. Pamiętamy dawną Legię z europejskich pucharów. Wtedy byliśmy z niej dumni.

Kluby stały się firmami, sportowymi spółkami akcyjnymi, przestały być miejscem wychowania młodzieży, więzi między poszczególnymi generacjami. Zawodnicy-pracownicy przychodzą i zaraz odchodzą, jedynym spoiwem tworzącym dawną klubową tożsamość, szanującym tradycje są kibice, choć też przybiera to różne formy. Ktoś może powiedzieć. Nowe czasy, nowe zasady. W naszych warunkach to się nie sprawdza. Bo nawet gdy się zdobywa Puchar Europy jak w przypadku szczypiornistów Vive Kielce trzeba sobie zadać pytanie. Ile jest w tym polskości? Mnie taki tytuł pełnej satysfakcji nie przynosi.

Trudno się z tym pogodzić, zwłaszcza, że w utrzymaniu chorych ligowych zespołów partycypują samorządy. Na fanaberię właścicieli firm, którzy wykładają miliony na przeciętniaków nie mamy wpływu, ale publiczne (nasze) pieniądze to już zupełnie inna kwestia. One powinny służyć poprawie zdrowa i kondycji fizycznej społeczeństwa, stworzenia warunków dzieciom i młodzieży do uprawiania sportu, wreszcie zaopiekowaniu się najwybitniejszymi zawodnikami, którzy osiągnęli już wynik na europejskim czy światowym poziomie.

Pamiętajmy o jednym. Uprawianie sportu w pierwotnym wymiarze wynika z pasji i ambicji by zaspokoić swoje aspiracje. Pieniądze mogą pomóc (choć niekoniecznie), ale tylko na odpowiednim etapie kariery. Mamy w Polsce coraz więcej osób uprawiających kulturę fizyczna dla zdrowia, którzy ucząc się i pracując wykazują wielką determinację i osiągają znakomite wyniki. Oni do swej pasji dopłacają. I to są prawdziwi sportowcy. Na drugim biegunie tolerujemy tysiące „świętych krów”, mieniących się profesjonalistami, którzy ani swym poziomem, ani zachowaniem na to nie zasługują. Czy nastąpi zmiana mentalności w polskim piekiełku sportowym?

Od Igrzysk zacząłem, wypada też na nich skończyć. Wobec reprezentantów z Warmii i Mazur nie mieliśmy wielkich oczekiwań, może z wyjątkiem Konrada Bukowieckiego, którego start zakończył się fiaskiem. Ale na jego występ trzeba spojrzeć inaczej. Postawił sobie ogromne wyzwanie. Będąc jeszcze juniorem jednoznacznie stwierdził, że interesuje go medal. Czy miał ku temu postawy? Chyba tak, skoro na treningach pchał kulę grubo ponad 21 metrów. Poszedł na całość, nie bawił się w półśrodki. Była siła i energia, zabrakło „techniki” i spokoju ,by utrzymać się w kole. Ale przecież to potencjalny mistrz olimpijski (oby za cztery lata).

Starty innych (Joanny Zachoszcz, Macieja Sarnackiego, Karola Zalewskiego przeszły bez echa), a Kacper Kozłowski pozostał rezerwowym. Małgorzata Jasińska była sportowo ubezwłasnowolniona, ale wykonała zadanie, które jej powierzono. Wysłaliśmy do dalekiego Rio 250 zawodników, zdobyliśmy 11 medali. Skuteczność, a właściwie jej brak jest aż nadto wymowna.

Marek Dabkus

BLOG COMMENTS POWERED BY DISQUS

The Best United Kingdom Bookmaker Ladbrokes Promo Code website review

Podejmij współpracę z portalem wama-sport, wspieraj nasze idee i buduj sportową przyszłość Warmii i Mazur!

Wspierają nas

Urząd Marszałkowski Województwa Warmińsko-Mazurskiego

Warmińsko-Mazurskie Zrzeszenie Ludowych Zespołów Sportowych

Ośrodek Sportu i Rekreacji Olsztyn