WAMA-SPORT Historia – Józef Szmidt – My w Olsztynie nigdy nie zapomnimy

Fot. z arch. Janusza Poryckiego
Małomówny, tajemniczy, powściągliwy, ambitny, pracowity, charyzmatyczny, lubiany, nie szukający taniego poklasku. Trójskoczek z charakterem Kilka lat zabiegałem o spotkanie z Józefem Schmidtem, legendarnym trójskoczkiem z czasów polskiego Wunderteamu. Nie wiedziałem tylko jak do tego może dojść. Kiedyś dość przypadkowo dowiedziałem się, że po dwudziestu latach pobytu za granicą powrócił do kraju i zamieszkał, w zachodniej części Pomorza.

Wiedziałem,, że mistrz „zaszył” się w mało zaludnionym terenie, usunął w cień. Nie korzystał z żadnych zaproszeń, nawet nadsyłanych przez premiera, działaczy Polskiego Komitetu Olimpijskiego, Polskiego Związku Lekkiej Atletyki, czy kibiców, wielbicieli jego talentu, a nawet kolegów, przyjaciół z dawnej drużyny. Nie zjawił się też jesienią 2002 roku na drugim zjeździe drużyny lat pięćdziesiątych i sześćdziesiątych. Nie udzielał wywiadów wysłannikom mediów. Na trzydzieści pięć lat słuch o nim zaginął. Zaledwie niewielka garstka ludzi znała jego i rodziny losy. Mówiono, że podczas pamiętnych dla nas mistrzostw świata w piłce nożnej z 1974 roku wyjechał do Republiki Federalnej Niemiec. Praktycznie nikt nie znał przyczyny jego emigracji. Opuścił Śląsk, region, w którym rozpoczynał swoją przygodę ze sportem.

Józef Schmidt był przede wszystkim trójskoczkiem, dwukrotnym mistrzem olimpijskim, rekordzistą świata, dwukrotnym mistrzem Europy. Zanotował na swym koncie wiele innych międzynarodowych sukcesów, jako pierwszy na świecie pokonał zaczarowaną (jak na ówczesne czasy) granice siedemnastu metrów. A przecież dokonał tego na żużlowej bieżni stadionu. Wynik 17,03 m zapisany jest w kronikach na wieczność. Bo już nikt go na tego typu obiekcie nie poprawił i nie poprawi. Zaraz po jego ustanowieniu na bieżniach i rozbiegach pojawiły się nawierzchnie z tworzyw sztucznych, nazywanych potocznie tartanowymi. Sprężyste, bardziej nośne umożliwiały uzyskiwanie większych szybkości, a więc niejako automatycznie i dalszych odległości.

Wydarzenia związanego z tym wspaniałym rekordem, nam mieszkańcom Olsztyna nie trzeba specjalnie przypominać. Był to piątek, 5 sierpnia 1960 roku, od wyjazdu na igrzyska do Rzymu dzieliły sportowców tylko tygodnie. Trybuny Stadionu Leśnego zapełnione zostały po brzegi. Wokół niebotyczne świerki i sosny, czuć było zapach powietrza przepojonego żywicą. Startujący posiadali wspaniałe warunki, ale nie takie, które stwarzał tartan. Pozostaje więc tylko w sferze domysłów, ile wyniósłby ten wspaniały rekord, gdyby Schmidt miał wówczas szanse dobiec do belki po tartanie?

Pan Józef znalazł się w gronie sportowców dość późno. Trafił do niego za namową brata Edwarda. Szybko okazało się, że dysponuje ogromną szybkością i skocznością, miał ogromne predyspozycje do trójskoku. Rozsądny, doskonale zaplanowany trening, całkowite podporządkowanie się celowi pozwalało na robienie szybkich postępów, które doprowadziły go i to w krótkim czasie do coraz lepszych rezultatów. Po upływie zaledwie dwóch lat ciężkiej pracy ustanowił rekord Polski, który od tego momentu wynosił 16,06 metra. Ten rezultat dał panu Józefowi miejsce w sławnej grupie trenera Tadeusza Starzyńskiego i „etat” w słynnym Wunderteamie. Rok później uczestniczył w niezapomnianym meczu Polska – USA rozgrywanym na warszawskim gigancie, Stadionie dziesięciolecia. Na trybunach zasiadło sto tysięcy widzów. Nawet przejścia między sektorami były zapełnione kibicami. Mówi się, że to wówczas Schmidt polubił atmosferę wielkich widowisk, podczas których trybuny gromadziły komplety ludzi, a te dzielił od aktorów widowiska niewielki pas zieleni. Zawsze wsłuchiwał się w szum widowni i jej reakcję. Wysoki, szczupły, chodził rozluźnionym krokiem, czasem zagadywał Ryszarda Malcherczyka, przyjaciela i rywala. Gdy przychodziła kolej na niego, ruszał niezwłocznie i gwałtownie, bez ceregieli, bez czekania na oklaski, bez pokrzykiwań, mamrotania pod nosem, jak to jest teraz w zwyczaju.

W roku 1958 podczas pamiętnych mistrzostw Europy w Sztokholmie okazał się najlepszym w swojej konkurencji. Na olimpiadzie w Rzymie był uważany za faworyta i nie zawiódł, wygrał przekonująco, konkurenci nie zagrozili mu nawet przez chwilę. Następne lata mistrza to kolejne zwycięstwa, kolejne mistrzostwo Europy w Belgradzie (1962 r.), udane mecze międzypaństwowe, ale i nowe urazy, bądź odnawiające się kontuzje

Trójskok to dyscyplina poddająca układ kostny i mięśniowy ogromnym obciążeniom. Na 107 dni przed tokijskimi igrzyskami, 1964 roku Józef Schmidt przeszedł skomplikowaną operację kolana. Pierwsze dni spędził z nogą w gipsie, z trudem unoszoną, przy pomocy kul, nogą. Później nadszedł czas na gimnastykę i lekki trucht na boisku warszawskiej Akademii Wychowania Fizycznego. Nie myślał o olimpijskim starcie. Jedynie słynny Tadeusz Starzyński, trener z ogromnym doświadczeniem, wspominał czasem o takiej ewentualności.

Kiedyś Heruklit z Efezu powiedział, że losem człowieka jest jego charakter”. Nasz rekordzista świata wykazał charakter niezwykły. Dramatyczna pogoń trójskoczka za pełną sprawnością stała się problemem ogólnonarodowym. Powszechnie zastanawiano się, zdąży, czy nie? Już robił krótkie przebieżki, chociaż kolano wciąż dawało znać o sobie. Józef ćwiczył z determinacją. W ostatnich dniach sierpnia odważył się skakać ze skróconego rozbiegu. Mając wciąż w niepełni doleczone kolano zdecydował się na wyjazd do Japonii. Tam, po kilku dniach treningu i aklimatyzacji, podjął – na własne ryzyko – decyzję o przystąpieniu do konkursu. To czego później dokonał przeszło naszą wyobraźnię. Zdobył złoty medal, nie pozostawiając rywalom cienia złudzeń, kto jest najlepszym trójskoczkiem świata.

Nie wykluczone, że wygrałby również i w następnych igrzyskach odbywających się w Meksyku, ale i tam przyszło mu wystąpić z kontuzją mięśnia dwugłowego. Wykorzystali to młodzi zawodnicy: Gentille z Włoch, Prudenzio z Brazylii i Rosjanin Saniejew. Rozrzedzone powietrze umożliwiło im oddać dalekie skoki. Pobili rekord Polaka na jego oczach, ale – w jakich warunkach? Nie pamiętam już, kiedy zakończył karierę, ale był to chyba rok 1971.

Józef Schmidt miał charyzmę, niezwykłą osobistą urodę i radość z osiągniętego mistrzostwa. Nie szukał poklasku, mało mówił o sobie, był tajemniczy i powściągliwy we wszystkim co robił. Kiedyś musiał zakończyć przygodę ze sportem. Przerwać treningi i starty, zakończyć podróże do innych krajów, na inne kontynenty, cieszyć się ze zwycięstw, smucić porażkami, nie spędzać tygodni w szpitalach lecząc kontuzje, zapomnieć o powrotach na skocznie. Jednak spełniły się marzenia chłopca ze Śląska.

Rekordy, złote medale, szum stadionów, oklaski jego fanów, wysłuchane Mazurki Dąbrowskiego, uściski dłoni i podziw kibiców, to były momenty, o których marzą setki sportowców. Nie wiem czy myśli jeszcze o tym, czy pozostawił wszystko za sobą i nie wraca do przeszłości? Jest to prawdopodobne, bo smak goryczy nie był mistrzowi obcy. Miał kłopoty z pracą, liczne odmowy zatrudnienia i odwracanie się do niego plecami, i to w dziesiątkach przypadków tych, którzy klepali go po plecach najczęściej. Do rodziny Schmidtów zaczął zaglądać niedostatek. Był czas, że chciał sprzedać swoje medale. Pragnąc znaleźć rozwiązanie, dokonał rachunku swojej sytuacji. Z konieczności podjął trudną decyzję o opuszczeniu kraju, kraju dla którego uczynił przecież tak wiele. Za granicą spędził dwadzieścia lat. Po powrocie Polska była już inna. Nie osiedlił się jednak w regionie tak bliskim swemu sercu. Za namową żony, pani Łucji, wybrał urocze, ale leżące na uboczu miejsce, na Pomorzu Zachodnim.

Był środek opóźnionej tego roku wiosny. Z córką Magdaleną siedzieliśmy w podcieniu nowego domu, wśród zieleni lasu i mocno pofałdowanych pól. Rozmawiamy z synem wspaniałego sportowca – Borysem. Dyskutowaliśmy o ekologii i planach na przyszłość tego kierunku rolnictwa. Rodzice Borysa, podobnego do ojca jak kropla wody, wyjechali do miasta, ale niebawem powinni wrócić. Ten prosi o jedno: niech pan tylko nie rozpocznie z ojcem rozmowy o sporcie, o przebiegu jego kariery, bo po krótkiej wymianie zdań zniknie i nie wróci,

Byłem zmartwiony, bo przecież po to przyjechałem, by chociaż w kilku zdaniach o tym pomówić. Nie spostrzegłem, kiedy przed dom zajechało auto, z którego najpierw wysiadła pani Łucja, a w chwilę później jej mąż. Dostrzegłem tą samą, co dawniej sylwetkę, tylko z innym niż dawniej kolorem włosów. Mocnym uściskiem dłoni przywitałem się z dwukrotnym mistrzem olimpijskim i rekordzistą świata. To nie był sen, a rzeczywistość, która miała miejsce 24 maja 2005 roku.

Po bardzo nieśmiałym początku rozmowy zaryzykowałem i przeszliśmy na temat sportu. Pokazałem gospodarzowi album ze zdjęciami sportowców z dawnych lat. Mój rozmówca oglądał z zaciekawieniem swych kolegów ze stadionu, w tym było jedno z podium w Rzymie. Wraz z panią Łucją oglądaliśmy wiele innych zdjęć i roczniki „Sportowca” z lat 1957 – 1964. Zatrzymując się przy niektórych egzemplarzach pan Józef komentował zdarzenia. I tak dowiedziałem się, że w Spale Schmidt ćwiczył z Maniakiem wyjście z bloków. Mistrz trójskoku wygrywał odcinki na 30 metrów. Pan Wiesław jako najszybszy w tym czasie biały człowiek świata, płakał za każdym razem, a miał wówczas 27 lat.

Obecnie Józef Schmidt żyje w świecie stworzonym sobie wraz z żoną i dwoma synami. Posiada dom, ogród z setkami drzew i krzewów, efektownymi skalniakami i kwiatami, kozy, drób. Teren przecina własnoręcznie ułożona z kostki droga. Czasem zjawiają się nieproszeni goście, w tym lisy i wydry czyniące znaczne szkody w gospodarstwie.

Gospodarz uczy się dopiero przyrody, bo skąd miał znać ją Ślązak z miasta rodem?. Jak powiedziała pani Łucja zdarzyło mu się posadzić cebulki swych ulubionych gladioli korzonkami do góry, a później dziwił się, że nie chciały rosnąć. Jeżeli jest potrzeba jedzie do pobliskiego miasteczka załatwiać sprawy w urzędach i na zakupy. Tuż przed moim odjazdem pozowaliśmy do zdjęć i mocowaliśmy się na rękę. Poprosiłem też pana Józefa by poparł ideę odbudowy olsztyńskiego Stadionu Leśnego i pojechał tam na zaproszenie Warmińsko-Mazurskiego Sejmiku Osób Niepełnosprawnych na uroczystości związaną z 45-leciem ustanowienia przez niego rekordu świata.

Uśmiechnął się znacząco, chętnie wypełnił i podpisał deklarację „Przymierza”, ale przyjazdu do Olsztyna nie zagwarantował. Wyznał, że docenia skuteczne starania Polskiego Komitetu Olimpijskiego i poprzedniego Senatu o przyznanie medalistom olimpijskim ustawowego, comiesięcznego honorarium. Odjeżdżałem z wrażeniem, że zaznana niegdyś gorycz człowieka powoli ustępuje.

Wysłany do autoryzacji tekst rozmowy, tu prezentowany, z konieczności ze skrótami, przyjął z zainteresowaniem i pozwolił na jego publikowanie. A należy wiedzieć, że jest to pierwszy od czterdziestu czterech lat i jak powiedział ostatni zapis z jego wypowiedzi.Nic więc dziwnego, że jestem szczęśliwy z powodzenia mego zamysłu

TADEUSZ GAWLIK

PS. To my mamy pełną satysfakcję, z uzyskanej zgody na jego opublikowanie. Dziękujemy jego autorowi. A pana Józefa pozdrawiamy i zapewniamy, ze nawet jeżeli nie zmieni swego postanowienia i nie zjawi się w Olsztynie zapewniamy, ze nie będziemy mieć najmniejszego żalu. Będzie nam natomiast bardzo miło jeżeli zmieni zdanie i zjawi się w stolicy Warmii i Mazur, mieście i regionie który mamy nadzieję wspomina z satysfakcją.

Dziękujemy panie Józefie. To dzięki Panu nasze miasto było przez wiele tygodni na ustach milionów kibiców na całym świecie. A i obecnie miłośnicy sportu pamiętają o tym rekordzie i chętnie odwiedzają to miejsce gdzie dawniej był piękny stadion. Teraz tylko las szumi jak i szumiał przed laty. Zapewniamy, że pamięć o Pana wyczynie będziemy kultywować, co zresztą czynimy. Chociaż obiekt nie przypomina obecnie tamtego sprzed 45 lat organizujemy na nim doroczne festyny rekreacyjno- sportowe, podkreślając tamten Pana wyczyn.

Mamy jednak cichą nadzieję, że nasze próby przywrócenia Stadionowi Leśnemu dawnego blasku powiodła się i już dzisiaj prosimy o przyjazd na jego otwarcie. Bo na jego nowe narodzenie bardzo liczymy, ba jesteśmy tego pewni.

Janusz PORYCKI – autor wydawnictwa

Tadeusz MILEWSKI – inicjator przedsięwzięcia

* Powyzszy tekst jest jednym z rozdziałów, cieszącej się ogromnym zainteresowaniem książki JANUSZA PORYCKIEGO „STADION LEŚNY 1920 – 2005” wydanej nakładem Warmińsko–Mazurskiego Sejmiku Osób Niepełnosprawnych przez Wydawnictwo WPW SPJ Olsztyn w sierpniu 2005 roku.

historia lekka atletyka Olsztyn sport seniorski

Komentarze

Subskrybuj
Powiadom o
guest
0 komentarzy
Inline Feedbacks
View all comments

Wspierają nas

Ośrodek Sportu i Rekreacji Olsztyn

Warmińsko-Mazurskie Zrzeszenie Ludowych Zespołów Sportowych

Urząd Marszałkowski Województwa Warmińsko-Mazurskiego

0
Chcielibyśmy poznać Twoją opinię! Skomentuj artykuł!x
()
x