WAMA-SPORT Historia – Nie każdy zostanie mistrzem, ale dajmy mu szansę

Nowe czasy dają znać o sobie. Sport stał się biznesem. Na gwałt powstają akademie piłkarskie, siatkarskie, bokserskie i wschodnich sztuk walki, które z rozmachem prowadza rekrutacje, wykorzystując najnowsze chwyty marketingowe. I nie ma w tym nic złego. Bo to szansa dla młodzieży, która pragnie przeżyć wielką przygodę związaną ze sportem w godziwych warunkach i pod fachową opieką.

Niestety zdarza się, że są to zwykłe hasła dotyczące odsetek społeczności. Sport młodzieżowy, zwłaszcza na prowincji, marnieje i w tym tkwi ogromne niebezpieczeństwo. Nie tylko dlatego, że za kilka lat zabraknie następców: Justyny Kowalczyk, Agnieszki Radwańskiej czy Tomasza Majewskiego, przed którymi roztaczamy nadzieję związane ze zbliżającym się startem w Igrzyskach Olimpijskich w Londynie. Obawiamy się, że wyrośnie nam pokolenie cherlaków, dotkniętych nałogami i życiowa pustką. Będziemy mieli młodych wyposażonych w zwolnienia z lekcji wychowania fizycznego, spędzających wolny czas w fotelu z laptopem na kolanach.

Jest coraz mniej pieniędzy na sport młodzieżowy. Upadają ciekawe mikroprojekty, rozwiązywane są grupy, które miały szanse zaistnieć i wykreować prawdziwych mistrzów. Pamiętajmy, że talent niekoniecznie rozwija się w wieku 14-15 lat, trzeba cierpliwości, bo to wszystko co najlepsze może eksplodować po dwudziestce. Zresztą czy wszyscy muszą być mistrzami? Sam fakt zainteresowania uprawianiem sportu nosi za sobą ogromne korzyści. Nie tylko daje okazję do realizowania swych pasji, zaspokajania ambicji, odciąga od zgubnych nałogów, a przede wszystkim tworzy we własnych środowiskach nowa wartość, która może być powodem do dumy, jak to we współczesnym świecie się określa, doskonałym nośnikiem promocyjnym.

Tę ideę wcielają w życie trenerzy-pasjonaci, których: wiedza, zapał i ambicja są ogromnym kapitałem. Tymczasem podcina im się skrzydła, tworząc nowa politykę sportu. Określić ja można hasłem „tu i teraz”. Ważne są jedynie spektakularne sukcesy, medale mistrzostw świata i Europy, w ostateczności Polski, one maja być dowodem, że wszystko jest w porządku i sport w Polsce to potęga. A co będzie potem? Niech martwią się następcy.

Wyselekcjonowano supergrupę zawodników „Londyn 2012”, której stworzono cieplarniane wręcz warunki przygotowań do największych imprez. I nie byłoby w tym nic złego, gdyby nie odbywało się to kosztem oszczędności na sporcie najmłodszych. To projekt nie tylko ryzykowny, ale wręcz karkołomny. Po pierwsze nie ma wcale gwarancji, że nawet najlepiej przygotowany zawodnik zdobędzie medal, natomiast jest absolutnie pewne, że za kilka lat zabraknie nawet kandydatów na mistrzów.

W minionym roku mimo wspomnianych przywilejów zdobyliśmy zaledwie 11 medali mistrzostw świata w konkurencjach olimpijskich. Z najbardziej nośnej imprezy, jaka były lekkoatletyczne mistrzostwa globu przywieźliśmy jeden krążek i był to typowy fuks. Ci, którzy opływali w dostatki i mieli przysłowiowe ptasie mleko wrócili z pustymi rękami. Mam nadzieję, że nie dlatego, że zadowolili się tylko gwarancjami stworzonymi przez Ministerstwo Sportu, ale po prostu tym razem przegrali, bo takich na świecie jak oni jest kilku lub kilkunastu, a miejsc na podium tylko trzy.

Na drugim biegunie nie ma pieniędzy nie ma pieniędzy bu kontynuować pracę z utalentowana młodzieżą i wielokrotnie kilkuletnia praca z drużynami z perspektywami idzie na marne. Przecież nie wszystkich stać, by wysłać dziecko na obóz sportowy czy turniej, zaopatrzyć je w sprzęt. Jeśli na roczna działalność sekcja młodzieżowa otrzymuje kilka tysięcy złotych nie ma najmniejszych szans by przetrwać, zwłaszcza w mniejszych środowiskach, gdzie sponsorów ze świecą szukać, a bezrobocie w tych miejscowościach sięga dziesiątków procent.

Pieniędzy jest mniej i jeśli już tak jest, należy bardzo wnikliwie przeanalizować ich podział na działalność sportową Mam na myśli samorządy, które powinny odpowiedzieć na pytanie: czy maja być sponsorami zawodowych teamów czy pełnić misje społeczną – zapewnienia do sportu jak najszerszej grupy młodzieży.

Sport profesjonalny w swojej istocie niesie za sobą dwa podstawowe elementy; wysoki poziom i związane z nim szeroko rozumiane zapotrzebowanie społeczne. Wynikają z tego konkretne konkurencje. Frekwencja na widowni i idące za tym usługi promocyjne powinny zapewnić tej grupie sportowców godziwy byt, a jeśli rachunek ekonomiczny się nie zgadza to po prostu taki zespół powinien stracić status profesjonalny.

A jaka jest rzeczywistość? Często proporcje utrzymywania takich zespołów wynoszą: 20 procent – sponsorzy, 80 procent – dotacje z samorządów, które przyjmują formę promocji miasta lub regionu. Trudno to zaakceptować, gdy kontakty zawodników i trenerów sięgają kilkuset tysięcy złotych rocznie, a ligami rząd za nadbudówki, które generują olbrzymie koszty związane z prowadzeniem rozgrywek. To są pieniądze stracone, które mogłyby utrzymać setki drużyn młodzieżowych.

W tym miejscu wyłania się problem funkcjonowania w Polsce piłki nożnej, którą bez względu na klasę rozgrywek dotuje się specjalnie. Mit futbolisty zawodowego tak się zakorzenił, że nie można go wyplenić. Tylko niektórzy w samorządach zdobyli się na odwagę i dają szansę w swoich środowiskach zawodnikom innych dyscyplin. Piłkarzom także, ale w warunkach czysto amatorskich.

Ogromna rolę w czystym rozumieniu sportu uprawianego przez młodzież powinni odegrać rodzice, także ci dobrze sytuowani, których stać na zapisanie swej pociechy do akademii piłkarskiej czy siatkarskiej. Najczęściej w świadomości tych rodziców tkwi przekonanie, że jego syn zostanie Messim, Giba lub Jordanem. I tylko to się liczy, a nie normalne życie i wykształcenie.

Zewsząd bombardują nas hasłami „Musisz postawić na sport. On cię wyniesie na szczyty, zapewni dostatek”. Towarzyszą temu kampanie, bardzo przekonywujące i rodzice to „łykają”. Ich pociechy tym bardziej, ciesząc się, że przyszłość leży na boisku, a nie w ławie szkolnej. Zapominamy przy tym o jednym. Prawdziwą karierę profesjonalnego sportowca ma szansę zrobić jeden na dziesięć tysięcy, przy czym oprócz niewątpliwego talentu, muszą sprzęgnąć się naraz dziesiątki innych okoliczności, a dodatkowym elementem jest zwyczajny fart.

Dobrze jeśli rodzice biorą to pod uwagę i po zajęciach w akademii czy klubie dbają o edukację dzieci. Traktują sport jako wspaniałą przygodę, która nie tylko rozwija fizycznie i odciąga od wszelkich zagrożeń, ale uczy też właściwej organizacji czasu, odporności na stresy, współżycia w grupie. Wtedy udział w treningach i zawodach jest idealnym uzupełnieniem dnia codziennego i gwarantem, że w przyszłości młoda osoba poradzi sobie z coraz trudniejszym życiem.

Gorzej gdy sport staje się centrum, a inne sprawy są nieistotne. Nawet się je eliminuje by nie zakłócić rytmu sportowej kariery. Ślepa wiara w szczęśliwa gwiazdę nie tylko przynosi rozczarowanie, może zburzyć całą osobowość, która nagle staje się krucha i nie przygotowana do innych ról w życiu.

Nie odciągam nikogo od marzeń, każdy ma do nich prawo, ale oferty jakie daje nam świat przyjmujmy z dozą sceptycyzmu, realnie oceniając sytuacje. Wyobraźnia młodego sportowca jest ściśle ukierunkowana. On chce zostać herosem stadionów. I choć każdemu życzę – szanse są niewielkie.

Dlatego kieruje do rodziców apel – miejmy nad tym kontrolę, a do polityków – Nie odbierajmy nikomu nadziei.

Marek Dabkus

PS: Tekst powstał w 2012 roku. I choć sporo się zmieniło, wiele idei zawartych w artykule jest nadal aktualnych

historia sport powszechny

Komentarze

Subskrybuj
Powiadom o
guest
0 komentarzy
Inline Feedbacks
View all comments

Wspierają nas

Ośrodek Sportu i Rekreacji Olsztyn

Warmińsko-Mazurskie Zrzeszenie Ludowych Zespołów Sportowych

Urząd Marszałkowski Województwa Warmińsko-Mazurskiego

0
Chcielibyśmy poznać Twoją opinię! Skomentuj artykuł!x
()
x